czwartek, 26 lutego 2015

vintage wool dress/coat by karl lagerfeld





Będę się dzisiaj chwalić. A mam czym, oj mam.  Ale po kolei. Kiedyś pisałam o tym, że jestem w czepku urodzona i od czasu do czasu przydarzają mi się rzeczy, które przydarzają się przeciętnej kobiecie stosunkowo rzadko. Wtedy chodziło o marynarkę Oscara De la Renty, którą upolowałam w lumpeksie za 30 zł. Dzisiaj kosztuje za pewne więcej niż 2 lata temu kiedy Oscar jeszcze żył.  Wisi w mojej szafie do dzisiaj  i chociaż noszę ją rzadko to sam fakt, że ją mam jakoś tak wprawia mnie w poczucie dumy.

Mój ostatni wypad na lumpeksowe łowy był jeszcze bardziej udany.  Do mojej szafy wpadła prawdziwa perełka vintage.  Wełniany płaszcz Karla Lagerfelda za niebagatelne 1 zł!!!!!!

Nie jestem pewna czy jest to właściwie sukienka czy płaszcz. Raczej wiosenny wełniany płaszcz bo ma charakterystyczny krój, a reglanowe rękawy zdecydowanie przemawiają za opcją płaszczową.  Natomiast wkłada się go przez głowę, co przemawia za sukienką. Ma jedwabną podszewkę i regulację szerokości z tyłu. Nawet guziki sygnowane są KL. Próbowałam dogrzebać się do informacji z jakiego okresu pochodzi, ale niestety pozostaje mi się tylko domyślać. Myślę, że to początek lat 80 lub końcówka 70.  Charakterystyczne poduszki na ramionach (zlikwidowałam) i rękawy typu reglan – to typowe dla lat 80 – tych cięcie, choć mogę się mylić. Może ktoś z Was coś mi podpowie? 

Są tu może jacyś maniacy KL?

       Jestem taka dumna z mojego nowego nabytku, że nawet wichura, fatalne światło i śnieg po kostki na tarasie widokowym w Qubus Hotel w Krakowie nie były w stanie mnie zniechęcić do pokazania go już teraz. Szkoda czasu na czekanie na wiosnę. Częstujcie się. Mam nadzieję, że podoba się Wam tak samo jak mnie.

Do zobaczenia


Ewa







płaszcz/coat - karl lagerfeld
spodnie /trousers - zara
szpilki/hills - badura
golf/turleneck - no name

piątek, 20 lutego 2015

biały kołnierzyk i nerdy



Niektóre rzeczy mają po prostu w sobie to coś. Oczywiście nie wszyscy tak sądzą, a mogę śmiało powiedzieć że jeśli chodzi o okulary na mym nosie, to pewnie niewiele z Was myśli podobnie. Na czele z Mójcionem. On uważa, że wyglądam w nich jak Gucio, który chciał być kobietą i wieczorami daje się ponieść wyobraźni.

Te okulary moim zdaniem mają w sobie to coś. Po pierwsze lubię je niezmiernie, po drugie poziom zadowolenia z siebie wskakuje mi w nich o oczko w górę, a po trzecie to kwintesencja kujoństwa – dla mnie to egzotyczne zjawisko trochę z pogranicza science fiction, które zawsze chciałam poczuć, ale nigdy na tyle się nie starałam.

W połączeniu z bardzo formalnym wyglądem typu pani profesor wzbudza we mnie delikatne drżenie serca. Nic mi z opinii Mójciona, to już pewne, zostają ze mną na stałe.  Czasami na nosie – jak mi będzie smutno i źle. Drżenie serca jest dzisiaj prawie na wymarciu. Nie pozwolę mu umrzeć!

Do zobaczenia


Ewa








Miejsce zdjęć - hotel Qubus Kraków

koszula - next
bluzka - sh
spodnie, okulary - zara
szpilki - badura
torba - venezia
zegarek - michael kors
bransoletka - prezent
pierścionek - pandora


wtorek, 17 lutego 2015

mała czarna i pióra




Jest już połowa lutego, a ja nie zwróciłam uwagi na  pierwszą połowę na tyle dokładnie, żeby coś Wam o niej opowiedzieć. Jestem pewna, że ten paradoks ktoś gdzieś opisał i ma nawet swoją nazwę, ale w tej chwili nie chce mi się błądzić po czeluściach Internetu… W każdym razie, w skrócie chodzi o to, że dla większości ludzi (w tym też dla mnie) lepiej jest jak ma się więcej niż mniej do zrobienia. Im więcej zadań tym lepiej radzę sobie z organizacją czasu.

Z tego właśnie powodu dopiero zaczynam się rozkręcać. Właśnie teraz kiedy skończyły się ferie, właśnie teraz kiedy zaczęłam nowe projekty i znowu większość dnia spędzam w dresie (taka praca…:)). Właśnie teraz kiedy zamiast kawą podnoszę sobie ciśnienie rozkładem dnia wypełnionym po brzegi. Jest jeszcze lepiej, kiedy od rana atakuje mnie słońce i nie pozwala narzekać na szaroburą zimopluchę. Jestem wtedy w stanie znieść dużo więcej, nawet żołądek karmię promieniami słońca (cokolwiek to oznacza sic!).

Sukienkę miałam Wam pokazać przed Walentynkami… ale doszłam do wniosku, że burgundowe szpilki będą gościły na moich stopach w dzień powszedni – tak bardzo mi się podobają, wraz z małą czarną tworzą duet idealny.  Mała czarna torebka z piórami też stała się moją ulubioną… jest wprost idealna żeby położyć ją na stoliku obok zapalonej świecy i w towarzystwie małż w białym winie. Żałuję, że nie było jej ze mną w Paryżu, pokazałbym jej idealnie zrobione ślimaki  i kawałek miasta, które nigdy nie zasypia.

Jest już prawie pierwsza w nocy, właśnie zaczęło sypać największymi płatkami śniegu jakie w życiu widziałam. Jest tak cicho, że nawet bose stopy na podłodze to krzyk w ciemności.

Dobranoc kochani,

Do zobaczenia rano.

Ewa














torebka - letycja
mała czarna - zara
szpilki - badura
zegarek - certina
pierścionek - pandora

poniedziałek, 26 stycznia 2015

kącik do pracy dla pierwszaka





Półmetek roku szkolnego już prawie za nami. Księżniczka już dawno zdążyła zapomnieć, że ma nowy kąt do pracy, krzesło do biurka z prawdziwego zdarzenia i kropki na ścianie.

Kąt do pracy dla sześciolatki, która zaczyna właśnie naukę w pierwszej klasie jest bardzo ważny. To nie jest jedynie wydzielona przestrzeń do odrabiania lekcji, ale również symboliczne miejsce podkreślające powagę sytuacji. Miejsce, w którym dziecko będzie się uczyło systematyczności, które będzie je inspirowało do twórczych poszukiwań, czy kreatywnych rozwiązań.

Jakkolwiek poważnie to nie zabrzmi, dla dziecka oznacza to po prostu miejsce do rysowania, malowania, wycinania, do pisania, klejenia, bazgrania, zabawy w szkołę, dumania i dziecięcych marzeń. Miejsce przy którym będzie chciało usiąść i odrabiać lekcje. Dlatego ważne jest żeby ten kąt był nie tylko prawidłowo zaprojektowany pod względem ergonomii pracy, ale również przyjazny wizualnie i jednocześnie nierozpraszający. Dlatego przygotowałam dla Was kilka rad jak prawidłowo urządzić kąt do pracy dla dziecka.

1.    Zanim kupisz biurko i krzesło – zapytaj swoją pociechę jak kąt do pracy wyobraża sobie Twoje dziecko. Nie oznacza to oczywiście tego, że spełniasz zachcianki, ale ważne są również potrzeby Twojego dziecka. Pójście na kompromis w tej kwestii albo chociaż spełnienie jednego punktu z długiej listy życzeń to już pierwszy krok w stronę zbudowania przyjaznego kąta do pracy.
2.       Zrób listę zakupów. Najważniejsze i najdroższe pozycje z listy przedyskutujcie wspólnie. Jeśli biurko ma przetrwać więcej niż 2-3 lata w dobrym stanie ważne jest aby było dobrej jakości. Powinno mieć przynajmniej jedną szafkę na książki i przybory szkolne (chyba, że macie na nie wolną przestrzeń w innym miejscu pokoju). Dla pierwszaka przyda się również duża podkładka, żeby blat nie został przypadkowo pomalowany farbami czy pisakami.
3.       Zakup krzesła jest ważniejszy niż zakup biurka. Musi spełniać podstawową funkcję, czyli zapewnić prawidłową postawę dziecka podczas pracy przy biurku. Powinno mieć regulowaną wysokość i wygodne siedzisko. Teraz pewnie zarzucicie mnie stwierdzeniami, że oparcie prawidłowo wyprofilowane, że podłokietniki… ale jako fizjoterapeutka i mama dzieci w wieku szkolnym powiem Wam, że to ma znikome znaczenie (u dorosłych jak najbardziej). Nie spotkałam dziecka w swojej karierze, a pracując w szkole widzę je codziennie, które wykorzystywało by oparcie krzesła podczas pracy przy biurku.

Ważniejsze od oparcia jest prawidłowa postawa podczas odrabiania lekcji. Czyli plecy wyprostowane, mięśnie grzbietu i brzucha prawidłowo napięte, oba łokcie podparte na biurku, nogi ugięte pod kątem prostym w stawach biodrowych, kolanowych i skokowych. Opisanie słowami jest dużo trudniejsze, dlatego obrazek poniżej pokazuje prawidłową pozycję podczas odrabiania lekcji. Myślę, że większość dzieci posadzona przy biurku bez instrukcji jak mają prawidłowo siedzieć zrobi to źle. Wynika to w większości przypadków z zaburzeń w napięciu mięśni posturalnych. Zazwyczaj są osłabione. Dlatego bardzo ważne jest abyśmy nasze dziecko nauczyli prawidłowej postawy podczas pracy przy biurku.



4.       Wybór oświetlenia. Tu macie pełną dowolność. Lampka biurkowa tak naprawdę powinna spełniać tylko jedną funkcję: dobrego oświetlenia miejsca pracy. Źródło światła powinno być jak najbardziej zbliżone barwą do światła słonecznego, czyli mieć barwę białą – dzisiaj to nie jest żaden problem, nowoczesne żarówki zarówno halogenowe jak i ledowe spełniają tę funkcję. Jeśli dziecko jest praworęczne lampka powinna stać po lewej stronie biurka, jeśli leworęczne – odwrotnie.

I jeszcze jedna rada. Lampka nie powinna oświetlać tylko np.: zeszytu czy książki, ale również nasze dziecko. Chodzi o to, aby oczy naszego dziecka znajdowały się w przestrzeni oświetlonej, a nie poza nią.

5.       No i ostatnia sprawa: dekoracje. Tak jak wcześniej mówiłam, to dzięki dekoracjom możemy zbudować klimat i upiększyć trochę to miejsce. Oczywiście nie należy z nimi przesadzać. Nie powinny zabierać zbyt wiele miejsca na biurku i rozpraszać, ale pozwólmy naszym dzieciom włożyć w to miejsce swój osobisty akcent. Niech będzie takie, żeby się podobało nie tylko nam. Powieście nad biurkiem ulubione zdjęcie lub rysunek, niech ulubiony pluszak odrabia lekcje razem z dzieckiem. Przybory do rysowania i pisania powinny być zawsze pod ręką. Przyda się papierowa taśma (washi tape) do przymocowywania rysunków do ściany (jeśli nie chcecie robić dziur w ścianie). To taka alternatywa dla tablicy korkowej czy magnetycznej. Ja wolałam uniknąć w tym miejscu takiej dosłowności. Taśma daje więcej możliwości kreatywnego wykorzystania ściany i nie tylko, a wzorów i kolorów jest całe mnóstwo.


Mam nadzieję, że kącik do pracy Księżniczki się Wam podoba, bo jej bardzo, włożyłyśmy w ten kawałek przestrzeni sporo sercaJ.

Do zobaczenia

Ewa










biurko - IKEA 
krzesło - IKEA 
tapeta w kropki - Schoner Wohnen
lampka - Allegro
pompony - DIY
washi tape - Allegro

środa, 21 stycznia 2015

recenzja kultowych Yves Saint Laurent Touche Eclat kontra Estee Lauder Ideal Light Brush-on Iluminator




Przychodzi taki moment w życiu kobiety (u niektórych nieco szybciej niż by chciały), że specyfiki do makijażu typu: korektor stają się niezbędne, a z biegiem czasu jesteśmy w stanie wydać na nie coraz więcej pieniędzy – wszak mają służyć bardzo ważnej misji – kamuflażu. Ten o którym dzisiaj będę się rozpisywała to numer jeden wśród większości makijażystów/ek.  Zobaczycie go na pokazach mody, w kuferkach wizażystek, w kosmetyczkach zdesperowanych do walki z sińcami pod oczami kobiet  i w mojej też.

O tym korektorze słyszałam już tak wiele dobrego, że postanowiłam go kupić. Ale jakoś pierwsze podejście zniechęciło mnie ze względu na cenę. Byłam w Sephorze i niestety wyszłam bez niego. Cena mnie powaliła, do tej pory nie byłam świadoma ile może wydać kobieta na korektor pod oczy. Drugie podejście było jeszcze gorsze. Poprosiłam koleżankę o kupno tego korektora na strefie bezcłowej podczas jej podróży na wakacje. Kupiła i owszem, w bardzo fajnej cenie ( 99 zł).

 Podekscytowana tym faktem kupiłam jeszcze tusz do rzęs Lancome  i cena w sumie była niższa od tej za sam korektor  TOUCHE ECLAT  w Sephorze. Ale po dotarciu do mnie kosmetyków okazało się, że zamiast YSL - TOUCHE ECLAT  …. Mam: Estee Lauder Ideal Light Brush-on Illuminator

W sumie nawet się ucieszyłam, korektor Estee Lauder spełniał dodatkową funkcję – rozświetlenia.  Więc ochoczo zabrałam się do testowania.  Pewnie się domyślacie finału, skoro widzicie oba na zdjęciach?  Niestety ten pierwszy to nie było to o co mi chodziło. Więc po trzecim podejściu w promocji na lotnisku w Pyrzowicach nabyłam w końcu: TOUCHE ECLAT 

Wyniki obu przedstawię Wam dla porównania.  Oba są bardzo ciekawymi produktami, w złożeniu spełniającymi te same zadania i z tej samej półki cenowej czyli z gatunku tych: płacę i płaczę. Niestety Korektor Estee  Lauder ma tę wadę, którą można już zauważyć na pierwszy rzut oka – opakowanie, które już po kilku dniach kolor starego złota – zamienia się w to coś co widać….





YSL, TOUCHE ECLAT  - KOREKTOR ROZŚWIETLAJĄCY



Skład: Aqua, Cyclomethicone, Glycerin, Talc, Paraffinum Liquidum (Mineral Oil), Dimethicone Copolyol, Magnesium Sulfate, Trideceth-3, Methicone, Methylparaben, Aqualane, [+/- May contain: CI 77891 (Titanium Dioxide), CI 77019 (Mica), CI 77491 CI 77492, CI 77499 (Iron Oxides), CI 19140 (Yellow No5 Aluminum Lake) ]

Cena: 115 zł – 195 zł / 2,5 ml. I niestety mam wrażenie, że większość z tej ceny to marka, za którą każe sobie słono płacić YSL mając na uwadze fakt, że to produkt kultowy.

Opakowanie: Korektor w pisaku lub we flamastrze. Jak zwał tak zwał. Chodzi o to, że ma wygląd flamastra (bardzo ładnego zresztą) zakończony jest pędzelkiem, po kliknięciu końcówki jak długopisu na pędzelku pojawia się niewielka ilość korektora. Do końca użytkowania „długopis” się nie zaciął, zawsze działa idealnie. Opakowanie pozostało do końca tak ładne jak na początku. Pędzelek bardzo miękki i dobrze spełniał swoje zadanie, nie podrażniał wrażliwej okolicy oczu.

Dostępność: Kupicie go w lepszych drogeriach sieciowych min. W Douglasie oraz w wielu drogeriach internetowych. A ponieważ cena jest jaka jest to każdy radzi sobie jak może. Polecam sprawdzić rabaty na stronach z kuponami zniżkowymi np.: mojekupony.pl i kodyrabatowe.pl - Douglas zazwyczaj daje co najmniej jeden kupon zniżkowy np.: 20% na kosmetyki do makijażu.

Odcienie: Na świecie 8 odcieni, w Polsce góra cztery. Dla jasnej karnacji Polek to wystarczy w zupełności. Mój odcień to …. Najjaśniejszy z możliwych czyli „1”

Działanie: Dobrze kryje cienie pod oczami, a trzeba się u mnie mocno napracować żeby je zakryć. Lepiej jest nałożyć produkt pod oczy pędzelkiem a potem delikatnie go wklepać serdecznym palcem (jest najsłabszy). Gorzej sobie radzi ze zmarszczkami i przebarwieniami, niedoskonałości cery  to nie dla niego.





Jest dobrym rozświetlaczem, konsystencja lekka i kremowa, dobrze napigmentowany, świetnie stapia się ze skórą i po dobrej aplikacji jest niewidoczny. Bezzapachowy. Trwałość bardzo dobra, po przypudrowaniu wytrzyma do wieczora bez konieczności poprawek. Nie zbiera się w drobnych zmarszczkach, trzeba uważać przy aplikacji w okolicach bruzd policzkowych (jeśli ktoś ma duże tak jak ja,) bo tu jest gorzej. Ta okolica najczęściej pracuje, a więc korektor też będzie się przesuwał razem z naszym uśmiechem. Lepiej w tym miejscu zachować umiar. Mniej znaczy więcej. Drogie panie, choć jest to produkt kultowy, to nie jest to żaden cud techniki i nie staniemy się dzięki niemu młodsze o 10 lat.

Wydajność: Trochę się zdziwiłam kiedy mi się skończył. Popracował myślę że około 2 miesięcy, używany prawie codziennie nie tylko pod oczami ale też w okolicach nosa i ust.



ESTEE LAUDER, IDEAL LIGHT BRUSH-ON ILLUMINATOR


Skład: Water, Cyclomethicone, Olefin Oligomer , Butylene Glycol, Dimethicone Copolyol, Sodium Chloride, Hexylene Glycol, Nylon-12, Diethanolamine Salt Of Perfluoroalkyl Phosphate DEA-C8-18 Perfluoroalkylethyl Phosphate, Polyglyceryl-4 Isostearate, Cetyl Dimethicone Copolyol, Hexyl Laurate, Disodium EDTA, Laureth-7, Isopropylparaben, Isobutyl Paraben, Butylparaben, Titanium Dioxide, Iron Oxides, Alumina, Silica, Mica.

Cena: 115 zł – 155 zł / 2,2 ml  - no cóż zdecydowanie lepiej nie jest, w dalszym ciągu to przedział cenowy płacisz i płaczesz…

Opakowanie: Podobnie jak poprzednik korektor w pisaku. Ten się nie naciska tylko wykręca. Dwa przekręcenia i wystarcza tyle, żeby zaaplikować go pod oczy. Do końca użytkowania „długopis”pokrętło się nie zacinało, korektor nie wydostawał się niekontrolowanie z pisaka. Pędzelek równie bardzo miękki i dobrze spełniał swoje zadanie, nie podrażniał wrażliwej okolicy oczu. No ale ten złażący kolor z pisaka trochę jak skóra po zbyt długim opalaniu -  jak za tę cenę to niewybaczalny błąd.



Dostępność: Podobnie jak TOUCHE ECLAT kupicie go w lepszych drogeriach.

Odcienie: Na świecie 4 odcienie, w Polsce tylko dwa. Mój odcień to „Light”

Działanie: Konsystencja trochę lżejsza od poprzednika i mniej napigmentowana, kryje trochę słabiej od Touche Eclat. Myślę, że jest tu więcej pigmentów rozświetlających niż kryjących. Radzi sobie z cieniami, ale nieprzespana noc to już dla niego odrobinę za dużo. Tak jak u poprzednika zmarszczki i przebarwienia to nie jego bajka, nie mówiąc już o niedoskonałościach. Bez zapachu, trwałość dobra ale nie doskonała, raczej przegrywa z YSL.

Wydajność: Wydajność na tym samym poziomie, ale biorąc pod uwagę, że jest go mniej niż YSL to wypada gorzej. Miałam go 3 miesiące, używany 2-3 razy w tygodniu w lecie nie tylko pod oczami, ale też w okolicach nosa i ust.

Podsumowanie

Gdybym miała wybrać między tymi dwoma, to zdecydowanie wybrałabym YSL  -TOUCHE ECLAT. Ma lepsze krycie, jest go więcej no i ma ładniejsze opakowanie. Ale czy jest wart prawie 200 zł? No dobra przy dobrych wiatrach i szczęściu około 120zł. W dalszym ciągu to dużo. Powiem Wam, że próbowałam robić zdjęcia, żeby pokazać Wam efekt po korektorze za 200zł i tym za 22zł. Nie zauważyłybyście różnicy. Na zdjęciach nie widać jej w ogóle, w realu oczywiście różnica jest w aplikacji, trwałości, wtapiania się w skórę na korzyść droższego. Czy są to jednak argumenty, dzięki którym wydasz 170zł więcej? Decyzję pozostawiam Wam. A co! Taka jestem okrutna!!!

Do zobaczenia

Ewa


czwartek, 15 stycznia 2015

nie boję się być egoistką


Photo by Pandamone



       Lubię być kobietą. Lubię dobrze wyglądać, czuć się dobrze we własnym ciele. Dzisiejsze kobiety są coraz częściej świadomymi egoistkami – i to bardzo dobrze! Dobrze, że jest taki trend. Dobrze, że jest społeczne przyzwolenie na to, żeby kobieta miała prawo do bycia zadowoloną, szczęśliwą i czasami egoistyczną. Że może się zdarzyć, że się jej nic nie chce + nie chce jak cholera! I to jest normalne i potrzebne.

Opowiem Wam o moich czterech ostatnich dniach, a zrozumiecie o co mi chodzi z tym egoizmem.

Codziennie rano obiecywałam sobie, że ogarnę totalny pierdolnik, który w czteroosobowej rodzinie robi się „sam”. Wyłaził mi z każdego kąta i straszył. Najbardziej do szału doprowadzała mnie historia niekończącego się prania. Prania do wyjęcia z pralki, prania wysypującego się z kosza w łazience, prania na suszarce do ściągnięcia, prania na fotelu do złożenia, prania do wyprasowania. Słowo pranie doprowadza moją zazwyczaj pokojowo usposobioną naturę do szewskiej pasji niszczenia!!!!!

Pasja niszczenia zbiegła się niefortunnie z kilkakrotnymi zmianami odzieży wierzchniej w ciągu dnia przez moje latorośle oraz Mójciona. Niekontrolowane zaś wędrówki tej odzieży po całym domu przyczyniły się do mojego wybuchu niczym gejzer. Tylko zamiast lawy, po domu latały kolorowe szmaty w takt wyrzucanych niczym u touretyka przekleństw.

Emocje trzeba wyładować, siarczysta łacina, zazwyczaj mi pomaga, dołączam do tego niekontrolowane ruchy ramion w złożonej płaszczyźnie i jakoś przechodzi.

Tym razem wzięłam głęboki oddech i ostentacyjnie zaległam na kanapie z książką w ręku, licząc do trzech….czekałam na reakcję. Oczywiście się doczekałam. Na etapie dwa i pół usłyszałam:

- Jak to…. Taki bałagan, a Ty zamierzasz leżeć na kanapie?
- No…. Zamierzam…
- ???????????

- I zamierzam jeszcze więcej: Mam prawo do tego żeby być zmęczona, czuć się źle i nikomu się z tego nie tłumaczyć. Wszyscy odpowiadamy, za nasz dom, bajzel i skarpetki pod łóżkiem. A w myśli dodałam jeszcze: „A jak do Was dotrze, że powinniśmy na nowo podzielić obowiązki to do mnie zadzwońcie, bo ja wtedy będę się właśnie relaksować z przyjaciółką w jakiejś pipidówce na końcu świata”. Ale, że marne szanse na takie frykasy, to dodałam tylko:

- Przez godzinę proszę mi nie przeszkadzać…

Odprowadziłam Mójciona powłóczystym wzrokiem i z przyjemnością wróciłam do książki. Bez wyrzutów sumienia, bez wizji prania do powieszenia…

Pewnie ktoś z Was ochrzci mnie teraz niewybrednym zaprzeczeniem ogarniającej wszystko matki Polki? Może leniwą zołzą? Egoistką? Super! Taka właśnie jestem. Przynajmniej raz w miesiącu wyłazi ze mnie egoistyczna małpa, leży na kanapie i ma do tego prawo!

Która z Was tak potrafi i nie ma wyrzutów sumienia, że potyka się o przedwczorajsze skarpetki?

Wrócę jeszcze do pierwszego akapitu, że trzeba czasami poczuć się źle, i że to jest potrzebne i normalne. Ale najważniejsze z tego wszystkiego jest to, żeby zdać sobie z tego sprawę, trochę się nad sobą pożalić, wywrzeszczeć to całemu światu albo chociaż temu jedynemu. Wyleżeć wszystko na kanapie żeby potem mieć siłę znowu być kobietą zadowoloną z siebie, z czerwoną pomadką na ustach i kokieteryjnym spojrzeniem. Żeby mieć siłę na rozwiązywanie problemów całego świata, pustej lodówki, kotów pod łóżkiem, a w szczególności problemów całego świata dzieci.

To może nie jest typowy tekst pasujący do tych zdjęć, ale te dwa wydarzenia zbiegły się w czasie. Najpierw poleżałam na kanapie lekceważąc obowiązki domowe, a za dwa dni pojechałam potestować mazidła do twarzy w Douglas. Jedno i drugie zrobiło dobrze nie tylko mojemu ciału, ale przede wszystkim mojej duszy.

Dzięki Mójcionowi , który tak dzielnie znosił moje leżakowanie, wróciłam z uśmiechem i pełna energii.

O czerwoną pomadkę i dobry nastrój zadbał Douglas dopieszczając mnie nie tylko makijażem.

Pozdrawia Was serdecznie

Egoistyczna Zołza z uśmiechem na ustach:)


P.S. Mójcion (nadworny korektor/cenzor) wyciął wszystkie wyrazy zaczynające się na k… - „A Twój wykonywany zawód? - nie przystoi…”.



czwartek, 8 stycznia 2015

retrospekcja






Myślałam, że nie potrzebuję rozliczenia z rokiem 2014 i radośnie pozwoliłam temu postanowieniu zakiełkować w głowie i zapuścić korzenie. Bo postanowienia ze stycznia 2014 okazały się zadrukowaną i to wirtualnie kartką, która miała dobry początek ale niestety zły koniec.

 Tym razem powiedziałam nie wszelkim postanowieniom, planom i bilansom. I czułam się z tym dobrze dopóki pewnej nocy nie mogłam zasnąć. Bezsenność raczej się nie wydaje nikomu dziwna, bo przecież każdemu od czasu do czasu się zdarza. Mnie wcześniej się nie zdarzało. Szybkość zasypiania mogłam liczyć w centymetrach zbliżania się głowy do poduszki. Nawet po ciężkim dniu, nawet bardzo zmęczona fizycznie.

 Na sen mogłam liczyć zawsze.

To nowe doświadczenie tak mnie zaskoczyło, że zaczęłam się wpatrywać w obrazy w głowie. Wybuchały coraz to nowe pomysły i nie wiadomo kiedy zaczynały żyć swoim życiem nabierając coraz to nowych pobocznych wątków. To co było, to co jest, co będzie. Pomysły rodziły się przez pączkowanie, a ja zwinięta w kłębek i szczelnie owinięta kochanym ciałem nie podobna z zewnątrz do swoich myśli liczyłam. Najpierw minuty, potem panicznie bijące serce, potem oddechy Mójciona, aż w końcu przyjrzałam się z bliska również retrospektywnym wybuchom mijającego roku. Widocznie podświadomie potrzebowałam rozliczenia, żeby móc stawić czoło moim ograniczeniom i lękom.

Rozliczyłam się z niektórych spraw sama przed sobą. Z niektórymi nie potrafię się zmierzyć w dalszym ciągu. Przyjdzie jeszcze czas. Odpowiedziałam sobie na pytania, na które myślałam że już dawno znam odpowiedź. Okazało się, że odpowiedź może być więcej niż jedna, i co więcej może ewoluować razem ze zmieniającym się krajobrazem życia. Wraz przybywającymi zmarszczkami przybywa mi odpowiedzi.

W dalszym ciągu zamiast obejrzeć serial wolę popłakać się do łez na Top Gear. Cieszę się z każdego spotkania z przypadkowym kotem i nie mogę żyć bez kawy. Zaczęłam lubić bieganie , a myślałam, że nienawidzę.

W dalszym ciągu mam wyrzuty sumienia gdy pochłaniam czekoladę i podnoszę głos na dzieciaki. Ciągle mam obsesję na punkcie szpilek (w których nie powinnam chodzić) i usycham bez słońca.

I w dalszym ciągu jestem szczęśliwa, ale potrzebuję, żeby ktoś mi o tym od czasu do czasu przypomniał.

Do zobaczenia

Ewa











kurtka, czapka, rękawiczki - carry
spódnica - fare
torebka - venezia
szalik, bluzka, sweter - sh
buty- panama jack

Choose your language

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...