poniedziałek, 17 listopada 2014

design z odzysku po parysku




Na ulicy Paul Bert pod numerem 3 w Paryżu w jednej z przecznic Rue Des Rosiers, o której pisałam TUTAJ, znajduje się sklep. Ale powiem Wam, że bardzo mnie boli nazywanie tego miejsca sklepem. Bo to nawet nie jest sklep, to jest miejsce magiczne. To tak jakby znaleźć bibliotekę zapomnianych książek z powieści Cień Wiatru, tylko zamiast książek są tu zapomniane krzesła, regały i klucze do zapomnianych furtek.

Pierwsze wrażenie jakie odniosłam wchodząc do tego „sklepu” to, że osoba, która układała ekspozycję ma naturalny dar do czarowania przedmiotami. W sumie do tej pory nie jestem pewna czy dobór i ekspozycja przedmiotów są naturalne – bo tak po prostu wyszło, czy jest to bardzo dobrze przemyślana kompozycja, która ma za zadanie zatrzymać mnie i zmusić do wypróbowania każdego krzesła, do zachwytu nad zwykłą białą glazurą (no dobra kultową – taką jak w paryskim metrze) w towarzystwie Toma Forda.

Z głośników płynie muzyka, zachęca mnie żeby przysiąść na sfatygowanym skórzanym fotelu i chłonąć klimat przedmiotów z historią. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim może się to podobać, że nie każdy lubi przedmioty z odzysku, że patyna, rdza i bruzdy w drewnie to nie jest szczyt piękna. Zresztą o tym powiedziała mi już na samym początku mina Mójciona, gdy coraz bardzie otwierał oczy na moje ochy i achy, a po 5 minutach wyszedł i zostawił mnie sam na sam w wizualnym raju.

Nawet jeżeli nie jest to Wasza bajka to powiedzcie sami, jak można się nie uśmiechnąć na widok szpaleru lalek Barbie w menzurkach? Albo butelki szampana w towarzystwie Nurofenu?

Mam nadzieję, że choć kilka rzeczy Was zainspiruje, albo chociaż na chwilę zawiesicie wzrok na niektórych przedmiotach.

Do zobaczenia

Ewa
















poniedziałek, 3 listopada 2014

idealny dzień


Czasami po prostu wiesz, że tego dnia wszystko potoczy się gładko.

Rycerz miał tego dnia ważny ligowy mecz i wrócił z tarczą. Księżniczka każdą chwilę okrasza uśmiechem i znajduje w niej jakąś drobną przyjemność. Tym razem też było podobnie, nowa koleżanka, wiatr „taki do tańca” i puste boisko wystarczyły jej do szczęścia, którym zarażała przez cały dzień. Nawet brak porannej kawy i zimne dłonie nie były w stanie wytrącić mnie z równowagi.

To był idealny dzień. Jeden z tych, które wspominasz potem jak gorącą czekoladę przed kominkiem w mroźny dzień. Taki dzień kiedy czerpiesz garściami przyjemność ze słońca, z witalności ciała i wiatru we włosach. Nawet nie przeszkadzało mi to, że to nie moje włosy ciasno upięte w kok tańczyły na wietrze, że to nie moje nogi strzeliły bramkę, że to nie moje ciało dało z siebie wszystko walcząc o wygraną w meczu.

To był idealny dzień, jeden z tych, o których moja koleżanka kiedyś powiedziała:
- „Idealny dzień na zrobienie prania”.
- Raczej idealny na wejście na „Bukowe Berdo” odpowiedziałam. A zaraz potem uświadomiłam sobie, że Bukowe Berdo jest daleko, a tęsknota za tym czego nie mogę mieć w tej chwili tylko zniszczy ten piękny dzień.
- To jest tylko kwestia punktu siedzenia…
- Masz rację, to jest idealny dzień na zrobienie prania…

Zrobiłam to cholerne pranie, rozwiesiłam wszystko w idealnych szeregach, żeby nie zakłócić tego dnia brakiem symetrii. Usiadłam z kubkiem kawy i przyglądałam się swojemu zwyczajnemu dziełu. Ale myślałam – jak to może dorównać horyzontowi z patchworku jesiennych kolorów? Jak to może dorównać zapachowi ziemi po nocnym deszczu w górach?

Alpejski zapach prania okrasiłam więc muffinami z konfiturą wiśniową. Włączyłam Amy Winehouse – kto jak kto, ale Ona i Bukowe Berdo to jak zobaczyć Marlina Mansona z chomikiem na dłoni. O to mi chodziło. Wizja Bieszczad powoli się rozwiewała. Nawet zrobienie prania zaczęłam traktować jak katharsis. Wkładasz brudne – wyjmujesz czyste. Co za radość!!! Idealny dzień na zrobienie prania!!!

Wieczór z kreskówkami w kotłowaninie ciał na 2,5 metra kwadratowego. Noga na brzuchu, głowa na nodze, dżem na policzkach, okruchy w pościeli, wędrujące skarpetki. Przytulasy i całusy. Wyganianie rycerza i księżniczki do łóżek o nieprzyzwoitej porze.

I w końcu tylko we dwoje, w nagle za dużym łóżku. W idealnych objęciach, w oddechu pachnącym miłością i muffinami z konfiturą wiśniową.
To był idealny dzień.

Do zobaczenia

Ewa













spodnie - cars jeans
kamizelka - united colours of benetton
buty - zara boys
chusta - reserved
top - no name

czwartek, 30 października 2014

wzory na spódnicy i Oscar De La Renta na nosie


Moje ciało zwija się rano z zimna pod wełnianym płaszczem, zgrabiałe ręce próbują dodać sobie otuchy nawzajem. Zahibernowane myśli  odtają dopiero po kubku kawy. Droga do pracy jest za krótka nawet dla mojego samochodu – rozgrzewa się dopiero gdy zajmuję miejsce parkingowe o nieprzyzwoitej godzinie. Tęsknię do ciepłych dłoni,  nagiego brzucha i kawy dla przyjemności. Do ciepłych stóp w samochodzie i słomkowego kapelusza.  Wybaczcie ten wakacyjny klimat. Ratuję się jak mogę.

Do zobaczenia


Ewa








spódnica - DIY
tshirt - diesel
kapelusz, torba - sh
okulary - oscar de la renta/tk maxx
tenisówki - h&m

wtorek, 21 października 2014

deep breath


Zalała mnie fala obowiązków i utonęłam. Jeszcze niedawno zdarzało mi się wypłynąć na powierzchnię i zaczerpnąć powietrza. Dzisiaj mam wrażenie, że pochłonęła mnie otchłań codzienności. Uczę się nurkować w gęstej mazi problemów i przyziemnych spraw moich małoludków.

Okazało się pewnego dnia, że przerastają mnie problemy dziewięciolatków, a sześcioletnie dramaty traktuję chyba niezbyt poważnie. Dotarło to do mnie, gdy wspólnie z synem nad zeszytem z matematyki wypłakaliśmy całe zasoby naszych łez i pozostał tylko mój ból głowy i jego niechęć do obowiązków szkolnych.

Próbuję zatem dramatycznie odjąć sobie kilka dekad i stanąć oko w oko z równaniami z jedną niewiadomą, bólem brzucha przed sprawdzianem z historii, niesprawiedliwością świata i pytaniami typu: ”Kto wymyślił tę głupią szkołę?” Staram się jak mogę nie zaśmiać z dziury w nowiutkich, ulubionych rajstopach i z małych rączek, które próbują ją ukryć. Wycieram łzy z policzka umazanego dżemem i próbuję jak mogę zrozumieć ten mały dramat.

Wdech robię rano, bardzo głęboki, ranki są zawsze obiecujące, natchnione świeżością i obietnicą wspaniałego dnia. No więc robię wdech o wschodzie słońca, a wieczorem nic już z tej pełnej piersi nie zostaje. Nie zostaje nawet na kilka stron ulubionej książki, czasami nie zostaje nawet na demakijaż.


Zdjęcia choć mogą się wydawać pasujące do mojego obecnego nastroju, to w rzeczywistości przypominają mi beztroskie wędrówki po Paryżu. Mam nadzieję, że tak jak mnie Wam też trochę poprawią nastrój.

Do zobaczenia


Ewa








 Photos by Stand Up Fashion

koszula - h&m
spodnie - zara
szpilki - tkmaxx
torebka - modalu
okulary - moschino
bransoletka - bydziubeka
zegarek - michael kors
pierścionek - pandora

poniedziałek, 29 września 2014

DIY: animals jars - czyli zrób sobie dekoracje


Wspominałam Wam, że mój salon i kuchnia przeszły  lifting? Już niedługo pokażę Wam metamorfozę w całości. Dzisiaj uszczknę jedynie rąbka przemiany, a przy okazji pokażę jak niewielkim nakładem czasu i pieniędzy zrobić proste dekoracje do kuchni.

Słoiki ze zwierzątkami chodziły już za mną od dwóch lat, ale dopiero gdy został mi prawie litr czarnej farby po remoncie w pokoju Wiktora doczekały się swojego miejsca w kuchni. Taka dekoracja ma dodatkową zaletę – jest fajnym i designerskim gadżetem do przechowywania wszelkiej maści różności.

Oto lista rzeczy, które będzie Wam potrzebna do zrobienia takich słoików:

  1. Figurki zwierzaków – ja poszperałam w pudełkach Julii i znalazłam kilka figurek po przejściach: konia z amputowaną nogą i rodzinkę słoni niezbyt pięknej urody.
  2. Słoiki z nakrętkami.
  3. Farba dowolnego koloru z zastosowaniem do różnych powierzchni. Najlepiej do plastiku.
  4. Klej typu kropelka.
A teraz instrukcja wykonania:
  1. Dokładnie myjemy, odtłuszczamy i suszymy słoiki, nakrętki i zwierzaki.
  2. Malujemy osobno nakrętki i osobno zwierzątka. Ponieważ mnie zostało bardzo dużo farby, to ułatwiłam sobie zadanie i zanurzałam całe zwierzaki w farbie.
  3. Czas schnięcia zależy od farby i producenta, ale najlepiej poczekać z klejeniem do następnego dnia.

I wuala!!!! Słoki jak malowane za przysłowiowy grosz.

Jak się Wam podobają?

Do zobaczenia

Ewa











Choose your language

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...