środa, 22 kwietnia 2015

Wielkanoc nad Bałtykiem




„Należę do osób, które czytają raczej wolno. 
Czytam powoli linijka po linijce. 
Nie przeszkadza mi to, lubię się rozkoszować tekstem”
H. Murakami „ Kawka nad morzem”

Tak jest też ze mną, tylko, że ja rozciągam tę przypadłość  zaletę na wiele czynności. „Najlepiej wychodzi ci spanie” – wtrącił by pewnie Mójcion. No fakt, trudno się nie zgodzić, że w objęciach Morfeusza czuję się tak, jakbym ułożyła się w łożu z mchu, paproci i czarów. Celebruję każdą minutę snu, i przeciągam nieprzyzwoicie powrót do rzeczywistości.

Wielkanoc spędziliśmy w Kołobrzegu i miałam kolejną okazję do rozkoszowania się, w tym wypadku lista jest bardzo długa, ale najbardziej, najbardziej do rozkoszowania się wiatrem. Cieszyłam się jak dziecko na myśl o wywianiu mnie na wszystkie cztery strony świata. Bałtyk mnie nie zawiódł, nigdzie nie wieje tak pięknie jak tam. Kto z Was był w Kołobrzegu to wie, że można wybrać trzy drogi spacerowania „nad morzem”. Można chodzić po parku, słuchając szumu morza i celebrować widoki raz na 500 metrów. Idziesz sobie, szumią drzewa, biegacze prężą łydki, kiedy nagle zza drzew wyłania się kawałek wielkiej wody. W tej wersji wiatr jest łaskawy i czasami wydaje się, że Bałtyk jest łagodny jak baranek. Wersja nie dla mnie.

W wersji pośredniej spacerując promenadą, komfortowo stąpając po kostce brukowej (można nawet założyć szpilki, zdjąć czapkę i rozmawiać bez konieczności krzyczenia do siebie), morze towarzyszy nam przez cały czas w odległości 20 metrów. Co prawda jest jak na Krupówkach 1 maja, ale jak się wysilisz i zignorujesz 39 osób na 1 metrze kwadratowym i uda Ci się nie wpaść pod rower, to możesz powiedzieć, że zaliczyłeś spacer nad morzem.

Ja wybieram zawsze full opcję. Uwielbiam Bałtyk w najbliższej możliwej wersji. Najlepiej boso w wodzie. Przypomniałam sobie jak bardzo mi tego brakowało, kiedy piasek wdzierał mi się beztrosko w uszy, a po ułożonych włosach nie został nawet ślad. Szum w głowie był tak duży, że trzeba było szukać swoich myśli pośród tego wiatru. Łzy w oczach od soli w powietrzu i ze szczęścia, że można być tak blisko żywiołu. Prawie dotknąć tej wielkiej siły, cieszyć się z każdego policzka od wiatru, każdego liźnięcia słoną wodą. To była pełnia szczęścia, plaża tylko dla najodważniejszych. Nieliczne jednostki musiały się dociążać, żeby nie zostać wywianym. Mieć codziennie taki widok, to wydaje się wręcz nierzeczywiste. Potraficie to docenić wybrańcy losu?

Do zobaczenia


Ewa










kaszmirowy płaszcz, sweter - sh Bigastyle
spodnie, koszula - next
buty - venezia
zegarek - michael kors
rękawiczki - wittchen
okulary - zara
kolczyki - h&m

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

podkład mineralny i korektor - era minerals - recenzja





Do kosmetyków mineralnych zapałałam miłością odwzajemnioną już dosyć dawno temu. W świat minerałów wkręciłam się za sprawą podkładu mineralnego Lily Lolo. Wracam do niego za każdym razem latem. Powiem Wam za chwilę dlaczego.
Dzisiaj mam dla Was recenzję podkładu mineralnego i korektora marki Era Minerals. Jeśli nigdy nie miałyście kontaktu z produktami mineralnymi to z ręką na sercu zachęcam Was do spróbowania. To świetna opcja dla młodych dziewczyn, które nie mają za dużo do ukrycia, a zależy im na naturalności, albo również dla nieco starszych (sic!) na przykład na wakacje.

Podkład i korektor od Era Minerals testuję już prawie miesiąc. Myślę, że mogę się już wypowiedzieć w paru kwestiach na ich temat.

Ale najpierw to co mówi producent na ich temat:

„Kosmetyki mineralne dzięki naturalnym składnikom, pozwalają skórze oddychać i przyczyniają się do poprawy jej kondycji. Naturalny skład, pozbawiony silikonów, parabenów i konserwantów jest szczególnie istotny dla kobiet posiadających problematyczną cerę, ze skłonnością do alergii oraz poddającym się różnego typu inwazyjnym zabiegom kosmetycznym.

Kolejnym ich atutem jest wysoka bariera ochronna SPF 50, zawarte w podkładach mineralnych zapewnia najwyższe zabezpieczenie przed promieniowaniem UVA i UVB. 

Szeroka gama minerałów absorbuje nadmierne wydzielanie sebum, maskuje niedoskonałości, opóźnia procesy starzenia, regeneruje cerę oraz łagodzi podrażnienia i stany zapalne.”

Dla mnie największą zaletą, która niestety jest też wadą podkładu jest jego lekkość. Poniżej więcej o co mi chodzi w recenzji. No i nie można przejść obojętnie obok zapewnienia że podkład ma filtry ochronne przed UVA i UVB - 50 SPF 50! Który podkład w płynie zapewnia taką ochronę?

Recenzja:

Podkład Mineralny Era Minerals Flawless Nude Light 323
Dla cery mieszanej i tłustej.

Skład:

Titanium Dioxide (CI 77891), Mica (CI 77019), Zinc Oxide (CI 77947), Allantoin. May Contain (+/-): Iron Oxides (CI 77489, CI 77491, CI 77492, CI 77499).

Waga: 7g

Cena : 109 zł

Opakowanie: W estetycznym plastykowym pojemniku z sitkiem.

Aplikacja:
Ja wybrałam do nakładania podkładu pędzel również tej firmy typu kabuki. Ma sysntetyczne bardzo delikatne włosie i prezentuje się bardzo elegancko. Razem z tym podkładem tworzą zgrany duet, chociaż ja wolę aplikację pędzlem typu flat top – jest bardziej zwarty i łatwiej się go aplikuje. Myślę, że ten pędzel sprawdzi się idealnie przy aplikacji pudru i bronzera, ale przy nanoszeniu podkładu, włosie za bardzo się poddaje (jest zbyt miękkie) i przez to aplikacja jest trudniejsza. Moja cera daleka jest od doskonałości dlatego muszę się namachać żeby ogarnąć tematJ.

Noszenie:
Nosi się go świetnie, nie mam się do czego przyczepić, wygląda bardzo naturalnie, niestety krycie ma niewielkie i wytrzymuje jakieś 6 godzin, może odrobinę dłużej. I tu dochodzimy do sedna dlaczego latem? No właśnie dlatego, że latem niespodzianki na twarzy naturalnie się chowają pod wpływem słońca i nie trzeba tak wielu rzeczy tuszować. Poza tym nie potrzeba już stosować pudru (choć producent zaleca dla utrwalenia), bo wykończenie jest idealnie matowe. Jest jeszcze jedna zaleta stosowania latem – woda, wiatr, piasek. Co chwila coś się dzieje, gdzieś idziemy, pływamy, opalamy się, biegamy itd. Ciągle narażone na promieniowanie UV, a tutaj filtr SPF 50 daje nam ochronę prawie całkowitą. To na prawdę duża zaleta.

Ocena: 5/6

Korektor mineralny Full Cover Ivory 101

Skład:

Mica (CI 77019), Zinc Oxide (CI 77947). May Contain (+/-): Titanium Dioxide (CI 77891), Iron Oxides (CI 77489, CI 77491, CI 77492, CI 77499), Chromium Oxide Greens (CI 77288).

Waga: 1g

Cena: 39,00 zł

Opakowanie: Malutki estetyczny słoiczek z sitkiem

Aplikacja:

Pierwszy raz pracowałam z korektorem mineralnym o konsystencji proszku. Nie jest to proste zadanie i jednocześnie dużo bardziej czasochłonne. Wymaga sporego zaangażowania i umiejętności. Nie do końca się chyba zrozumieliśmy, ale miałam też utrudnione zadanie bo niestety kolor, który wybrałam okazał się zbyt jasny. Korektor nakładałam płaskim pędzelkiem do korektora z syntetycznego włosia.

Noszenie:

Krycie średnie, trwałość zadawalająca.
Ocena korektora bez podkładu jest tak naprawdę bez sensu więc powiem Wam jak sobie radzą w duecie. Prawdopodobnie radzili by sobie lepiej gdybym kolor korektora miała o dwa tony ciemniejszy, niestety po nałożeniu podkładu nadal widać było jaśniejsze miejsca po korektorze, co zmuszało mnie do nakładania kolejnej warstwy podkładu, a tego chciałam uniknąć. Jednak uważam, że byłoby to naprawdę udane zestawienie, podnoszące walory kryjące podkładu, nie ujmując naturalności z efektu końcowego.


Ocena: 3/6


Podsumowując temat: Minerały latem to strzał w 10. Mam nadzieję, że zachęciłam Was do minerałów. Więcej informacji i porad kosmetycznych znajdziecie na stronie Era Minerals.

Do zobaczenia

Ewa


poniedziałek, 30 marca 2015

spacer po parku w Pszczynie





Park w Pszczynie to jedno z mich ulubionych miejsc na spacery.  Wiąże się  z nim wiele wspaniałych wspomnień, tutaj przyjeżdżaliśmy  na pikniki jeszcze jako narzeczeni, tutaj mieliśmy naszą sesję ślubną.  Nasze dzieci  też chętnie tu przyjeżdżają, bo oprócz ogromnej przestrzeni do zabawy jest też zagroda żubrów i mały skansen.  Pawie chodzą swobodnie po całym skansenie i można poczuć się przez chwilę bardzo dworsko. Prawdziwą perełką parku jest jednak zamek. Wspaniale zachowany i odrestaurowany zachował swoje oryginalne wyposarzenie w 80 %. To naprawdę niewiarygodne, biorąc pod uwagę, że od 1945 roku po wkroczeniu Armii Czerwonej pełnił rolę szpitala. Zachowały się nawet oryginalne lustra z sali lustrzanej  - największe i najpiękniejsze w Europie. Warto tam przyjechać choćby tylko dla tej sali. Mam nadzieję, że już niedługo Wam pokażę kilka zdjęć z wnętrz zamku.

Tymczasem dzisiaj honory pełni Julka w stylizacji prawie całkowicie lumpeksowej. Kożuszek świetnie sprawdził się nie tylko jesienią ale również  wiosną, dzianinowa sukienka z górą w paski wyszperana za 1 zł, szalik pożyczony od Wiktora, tylko kozaki z Zary.
Mam nadzieję, że się Wam podoba.

Do zobaczenia

Ewa










środa, 25 marca 2015

DIY- zrób to sam - abażur w kształcie diamentu




Dzisiejszy post z serii „Zrób to sam” mam nadzieję, zainspiruje Was do zrobienia własnych przestrzennych konstrukcji, nie tylko spełniających funkcję  osłony  żarówki, ale również w innych zastosowaniach. Takie „konstrukcje” świetnie się nadają do tłumaczenia zawiłości geometrii, do sufitowych dekoracji czy nawet ozdób bożonarodzeniowych.

Materiały:

·         10 dowolnych słomek ( ja użyłam papierowych)
·         Sznurek lub żyłka
·         Linijka
·         Nożyczki

Wykonanie:

Łączymy ze sobą 5 słomek ( długość dobieracie w zależności od tego jak duży abażur chcecie mieć), przepuszczając przez nie sznurek, tak jak na zdjęciu. Następnie dodajemy do nich kolejne słomki, które utworzą nam podstawę naszego ostrosłupa. Do wierzchołków podstawy ostrosłupa dowiązujemy kolejne sznureczki, a łączenia (supełki) chowamy w słomkach. Łączymy razem ze sobą i zawiązujemy na kablu wokół żarówki. Banalnie proste!

Mam nadzieję, że pomysł się Wam spodobał i choć trochę Was zainspirowałam.

Do zobaczenia

Ewa












piątek, 20 marca 2015

ciasto czekoladowe z chili i sosem balsamicznym



To pierwszy post z tej serii na blogu. Jedzenia jeszcze u mnie nie widzieliście. Ale po poście  „światłoczuła” gdzie opisywałam Wam moje ulubione dawki słońca, dostałam tak dużo maili z prośbą o przepis na ciasto czekoladowe z chili, że postanowiłam go upiec po raz siódmy. Tym razem zmodyfikowałam oryginalny przepis i zamiast ciasta powstał tort czekoladowo – malinowy z chili.

Oryginalny przepis pochodzi z programu „Wyprawy po przyprawy”, a ciasto czekoladowe jest deserem powyżej 18 roku życia, ponieważ podaje się je polane obficie Tequilą.  Ja na potrzeby rodziny z dwójką dzieci Tequilę sobie darowałam, zastąpiłam ją wiśniowym sosem balsamicznym. Można go kupić już w większości supermarketów. Najfajniejsze w tym przepisie jest to, że jest błyskawiczny. Ciasto piecze się 20  minut, a przygotowanie to jedynie 10 i nie potrzeba używać miksera.

Polecam Wam je z ręką na sercu. Jest naprawdę obłędne w smaku. Będą zachwyceni nie tylko wielbiciele czekolady, ale również Ci z bardziej wyrafinowanym podniebieniem. Połączenie czekolady, chili i sosu balsamicznego jest obłędnie uzależniające. Faceci za tym deserem szaleją!  Idealnie nadaje się na deser dla męskiej połowy naszego życia.
No to startujemy!

Składniki

200 g masła
200 g czekolady o zawartości 70 % kakao
4 jaja
150 g cukru
4 łyżki mielonych migdałów
1 łyżka mąki
szczypta soli
2 łyżeczki chili w płatkach (ja dodaję 1 łyżeczkę ze względu na dzieci)
Tequila lub sos balsamiczny wiśniowy (ale może być inny smak według uznania)

Wykonanie

Nagrzać piekarnik do 180 ˚C. Małą tortownicę wyłożyć papierem do pieczenia (nie trzeba jej smarować tłuszczem). Czekoladę z masłem roztopić na małym ogniu w garnku o grubym dnie, lub w kąpieli wodnej i odstawić na kilka minut do przestygnięcia. Dodać kolejno: cukier, mąkę, jaja (w całości), migdały i przyprawy. Mieszać delikatnie łyżką (czasami nie mikserem!), chodzi o to żeby ciasto się nie napowietrzyło. Konsystencja po upieczeniu będzie mokra i zwarta. Wlać ciasto do tortownicy i piec przez 25 minut na środkowym poziomie (grzanie góra dół).

W oryginale ciasto posypuje się owocami granatu i polewa słuszną porcją Tequili. W mojej wersji talerzyk dekoruję zawijasami z sosu balsamicznego.

W wersji tortowej. Piekę dwa ciasta, jedno po drugim ( nie na raz), i przekładam je małym słoikiem konfitury malinowej. Całość oblewam rozpuszczoną tabliczką gorzkiej czekolady z dwoma łyżkami miodu i jedną łyżką masła. Po schłodzeniu około 4 godzin w lodówce zdecydowanie lepiej się kroi i jest bardziej zwarte. I tę wersję uwieczniłam na zdjęciach.

Smacznego!

Dajcie znać czy się uzależniliście!

Do zobaczenia

Ewa




czwartek, 19 marca 2015

standupfashion i somersby wznoszą toast




To już drugi rok udanej współpracy z LordemJ. Wiedziałam, że kolejny rok też przyniesie nowy smak, zastanawiałam się tylko jak bardzo będzie on daleki od piwa. Nie wiem dlaczego, nie nazywa się go w Polsce cydrem (wszak byłoby to ze wszech miar polityczne, bo z  jabłek, bo na złość Putinowi itp.).

Poprzednia wersja jeżynowa była bardzo słodka, ta jest nie tylko zaskakująca jeśli chodzi o połączenie limonki i kwiatu bzu, ale  równie zaskakuje mnie sam smak, bo jest naprawdę dobry. Najbardziej kojarzy mi się z bardzo lekkim winem musującym o słabo wyczuwalnym smaku limonki.  Poszłam więc za tym skojarzeniem i pewnie nikogo nie zdziwi, jeśli powiem, że Somersby Elderflower Lime idealnie nadaje się do wznoszenia toastu.  Jest dobry, jest musujący, lepiej smakuje dobrze schłodzony i jest tani. Czego chcieć więcej? Idealna alternatywa na zakup szampana czy wina musującego. 

Więc co mi pozostaje? 
Wlazłam na tę górę z plecakiem pełnym Somersby i czekałam na zachód słońca, żeby wznieść toast, za każdego z moich czytelników. 

Dziękuję, że jesteścieJ.

Wybaczcie te pospolite rymy, jakkolwiek śmiesznie brzmią, płyną prosto z serca!

Więc wznoszę toast za marzenia,
A może także za spełnienie,
Za wskazówek szybki marsz,
W tym kierunku co zawsze był tylko Wasz.
Za brak pustych stron,
Za sielski i piękny dom,
Za łaskawy czas i
Za wszystkich Was.
Za szczęśliwe chwile,
Żeby było ich  tyle,
Ile nie zliczy żadna/en z Was,
I za dobrze spędzony czas.
Za pocałunki o świcie,
I za bratnią duszę na całe życie.

Bąbelki w górę!

Do zobaczenia

Ewa










poniedziałek, 16 marca 2015

męskie atrybuty w kobiecym wydaniu



Już od dawna można przyglądać się zjawisku zacierania się granic między ubraniami w stylu kobiecym i męskim. Prekursorem męskiego wpływu na damską szafę był Ives Saint Laurent. Wielbiciel kobiet w smokingach. Trend zmierza zdecydowanie ku zminimalizowaniu kobiecych elementów takich jak falbanki, koronki, podkreślanie talii czy kwiatowe wzory i wkracza w męskie rewiry. Proste, strukturalne kroje, męskie materiały, dodatki pożyczone z typowej męskiej szafy. Zresztą w drugą stronę jest podobnie. Nikogo już nie dziwią męskie T-shirty w kwiaty, bluzy z biżuteryjnymi dodatkami czy kroje blisko ciała. Nie wspomnę już o perfumach, gdzie ta granica zaciera się najbardziej. Dzisiaj praktycznie każda marka ma w swojej ofercie linię unisex.

Mój pierwszy kontakt z typowo męską rzeczą (Kenzo Pour Homme) był jeszcze w liceum. Och… od razu łezka kręci mi się w oku kiedy wącham te perfumy. Czas dojrzewania, pierwszej miłości, dorosłych przygód, wakacji bez rodziców. Te perfumy dla mnie są tak nacechowane emocjami, że ilekroć je wącham to miękną mi kolana. Do tej pory wracam do Kenzo Pour Homme. To powrót do czasów beztroski  zarówno dla mnie jak i dla Mójciona. Dla mnie są bardzo męskie, dla niego bardzo kobiece. Każde z nas czuje w nich coś innego, ale dla nas obojga to powrót do naszego pierwszego spotkania.
Miałam pisać o androgyniźmie, a rozpisałam się o perfumach. Wracam, więc do tematu.

Potem długo nie zawracałam sobie tym trendem głowy, dopiero parę lat temu w mojej szafie zaczęły pojawiać się typowo męskie rzeczy. Dzisiaj mogę powiedzieć, że podoba mi się ta ewaluacja. Najbardziej Lubię męskie dodatki, mam ich naprawdę sporo. Począwszy od męskich kapeluszy i kaszkietów po torby, krawaty i koszule na spinki. Mam też kilka męskich spodni (typu boyfriend oraz garniturowych), ale nie wyciągnęłam ich z szafy Mójciona – niestety nie jesteśmy kompatybilni od pasa w dół. Za to od pasa w górę zdarza mi się podbierać jego T-shirty, swetry, a nawet kurtkę.

Dzisiaj nie mam nic na sobie co należy do Mójciona, ale torba i buty są typowo męskie. Dużą brązową skórzaną torbę kupiłam za grosze w Intercomissie. Z pewnością należała do faceta, bo wraz nią dostałam w gratisie opakowanie po Lucky Strike (jaka kobieta pali takie papierosy?). Buty oryginalne skórzane fullbrooksy znalazłam w Tkmaxie na dziale męskim z wyprzedaży -90%. Kosztowały całe 49,9 zł. Domyślam się, że rzadko można spotkać faceta z rozmiarem stopy 39, po prostu czekały na mnie :). Są odrobinę za szerokie (bo wszak szyte na męską stopę), ale z wkładką dają radę.

Cała reszta to współczesna historia. Biała bluzka pomalowana na moje specjalne zamówienie przez utalentowaną Ewę, pochodzi z butiku Letycja – odzież ręcznie malowana. Spodnium, odrobinę przeze mnie przerobione z Zary, podobnie jak płaszcz, który uwielbiam. Też czekał specjalnie na mnie, samotnie z odprutymi wszystkimi zatrzaskami za całe 160 zł (przeceniony z 499zł). Okulary kupiłam na moim pierwszym Fashion Weeku u dziewczyn z Brylowni. I oto cała ja. Jak Wam się podoba moja wersja męskiego looku?

Do zobaczenia

Ewa















bluzka ręcznie malowana - letycja
płaszcz, spodnium - zara
brooksy - tkmaxx
torba - intercomiss
okulary - brylownia

Choose your language

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...